Pociągiem do Davos, czyli śladami Hansa Castorpa - kuracjusza słynnego sanatorium "Berghof"

Są takie miejsca, których nie odwiedza się ze względu na walory przyrodnicze, zabytki architektury, czy obecność w rankingu 100 najlepszych turystycznych destynacji. Powodem jest ciekawość i pragnienie, by choć przez krótką chwilę przeżyć to, co bohater ulubionej książki. Przebywając w Szwajcarii, wizyta w Davos była zatem kwestią czasu.
Co prawda nie znam zakończenia “Czarodziejskiej góry”, ale nie przeszkadza mi to, by powieść Thomasa Manna, traktować za jedno z najważniejszych literackich doświadczeń w życiu.
Czytając “Czarodziejską górę”, niemal na każdej stronie znajdziemy zdanie, które zostaje w głowie na dłużej. Chociażby to (jeszcze w miarę aktualne): “Czas nie ma w rzeczywistości żadnej cezury, łoskotu burz ani dźwięcznych fanfar na początku nowego miesiąca lub roku, a nawet na początku nowego stulecia; to my tylko, ludzie, strzelamy i dzwonimy”.
Zostawmy jednak mroźny styczeń i wróćmy do Poschiavo, skąd pewnego wakacyjnego dnia ruszyliśmy w kierunku najwyżej położonego miasta w Europie (1560 m n.p.m.).
Podobnie jak Hans Castorp podróżowaliśmy pociągiem, z tą różnicą, że młody Niemiec opuścił w tym celu rodzinny Hamburg, a cała podróż w tamtym czasie (a był to początek XX wieku) zajęła mu dobre dwa dni i obejmowała również przeprawę promem przez Jezioro Bodeńskie.
Aby dostać się z Poschiavo do Davos, potrzebujemy 3 godzin oraz 3 przesiadek (w Pontresinie, Samedanie i Filisur). Co ciekawe, trasa aż do Filisur pokrywa się z drogą, którą pokonuje słynna Bernina Express.
Tym razem na czas docieramy na dworzec i w towarzystwie całkiem pokaźnej liczby turystów wsiadamy do (lekko opóźnionego!) pociągu. Może wcale nie chce mu się spieszyć, bo wie że już za niedługo czeka go mozolna i wyczerpująca wspinaczka.

Zbliżamy się do stacji Alp Grüm (2091 m n.p.m.), a to oznacza, że w 33 minuty "pokonaliśmy" aż 1000 metrów przewyższenia.

Punkt kulminacyjny czeka nas na następnym przystanku, położonym tuż przy Lago Bianco (2234 m n.p.m.).
Jezioro znajduje się na przełęczy Bernina, która stanowi naturalną granicę między dwoma dolinami - włoskojęzyczną Poschiavo oraz retoromańską Engadyną. Choć w tej ostatniej mieszkańcy posługują się również schwyzerdütsch - szwajcarską odmianą języka niemieckiego.




W oddali lodowiec Morteratsch - jeden z największych lodowców w Alpach Wschodnich. Jego długość wynosi około 6 km.

Wagony pustoszeją - można swobodnie przemieszczać się między prawą i lewą stroną, wypatrując tych "lepszych" widoków. :)




Gdybyśmy chcieli wiernie odtworzyć pierwsze kroki głównego bohatera "Czarodziejskiej góry", to powinniśmy byli wysiąść na przystanku Davos-Wieś. Naszym celem jest jednak Schatzalp, dlatego wybieramy stację Davos-Platz.


Aby dostać się do Schatzalp, korzystamy z kolejki linowo-szynowej. Po zaledwie 4 minutach jesteśmy na miejscu, 300 metrów powyżej centrum Davos.

Dzisiaj zabytkowy hotel, kiedyś luksusowe sanatorium. Otwarte pod koniec grudnia 1900 roku przyjmowało pacjentów z różnych stron Europy, a nawet i świata.
Nie był to jedyny taki obiekt w okolicy. Jedenaście lat po uruchomieniu Schatzalp, na mapie Davos pojawił się kolejny punkt leczniczy - leśne sanatorium (dziś funkcjonujące jako Waldhotel Davos). Jedną z pierwszych kuracjuszek była Katia Mann, którą wiosną 1912 roku odwiedził mąż - Thomas Mann.
Tak zaczynają się "związki" autora "Czarodziejskiej góry" z najsłynniejszym szwajcarskim kurortem. Są to związki momentami zawiłe i złożone, lecz niezwykle ciekawe.
"Czarodziejska góra" pierwotnie miała być komedią, a 3 tygodnie, które Mann spędził u boku swojej żony, wdychając alpejskie powietrze - inspiracją do napisania pierwszego rozdziału. W przeciwieństwie do Hansa Castorpa pisarz planowo opuścił Davos, by już "na nizinach" kontynuować książkę.
Dwa lata później, na skutek wybuchu I wojny światowej, Mann nie tylko wstrzymał prace nad "Czarodziejską górą", lecz całkowicie zmienił charakter książki.
Do rąk czytelników "Czarodziejska góra" trafiła dopiero w 1924 roku, choć nie wszyscy mieli okazję i sposobność, by zapoznać się z losami pacjentów "Berghofu". Na trudności natrafiali kuracjusze rzeczywistych sanatoriów położonych w Davos, gdzie środowisko lekarskie próbowało chronić "miejscowych" przed szkodliwym wpływem książki.
Obecnie w Davos na próżno szukać śladów niechęci wobec niemieckiego pisarza, który niewątpliwe stał się jednym z symboli szwajcarskiego kurortu.

Nasz czas "tutaj w górze" powoli dobiega końca. Zanim jednak opuścimy magiczny Schatzalp, udajemy się do Strela Alp, gdzie próbujemy regionalnej kuchni i cieszymy oczy alpejskimi widokami.



Do centrum Davos wracamy już na nogach, schodząc szlakiem Thomasa Manna. Podobno pisarz często korzystał z tej ścieżki, by odwiedzić swoją żonę Katię.




Oprócz "Czarodziejskiej góry" i sportów zimowych Davos słynie również z organizacji Światowego Forum Ekonomicznego. Przez kilka dni w roku szwajcarski kurort przeżywa prawdziwe oblężenie, goszcząc najbardziej znanych i wpływowych ludzi ze świata biznesu i polityki.
W tym czasie davosanie (przyzwyczajeni od lat) wyjeżdżają z miasta, udostępniając swoje lokale za naprawdę duże pieniądze.


Między centrum kongresowym a Vaillant Arena (to stadion przeznaczony do gry w hokeja na lodzie, gdzie rozgrywany jest Puchar Spenglera) rozciąga się Kurpark, w którym przystajemy na chwilę w oczekiwaniu na powrotny pociąg.


Wracamy tą samą trasą, ale nie nudzimy się choćby przez chwilę. W każdej chwili można wypatrzyć coś nowego. Chociażby budynek Muzeum Kolejowego Albula.




Jak podobało nam się w Davos? Czy rzuciło na nas urok?
Gdyby nie uporczywa potrzeba, by zobaczyć okolice, których bohaterowie "Czarodziejskiej góry" opuścić nie chcieli, to najpewniej do Davos byśmy nie trafili. Samo miasto ugościło nas ciszą i spokojem, co mocno doceniliśmy.
Na zwiedzanie szwajcarskiego kurortu przeznaczyliśmy jedynie kilka godzin - to wystarczająco, by poczuć atmosferę miejsca, lecz za mało, by nią nasiąknąć.
Nie pozostaje nic innego, jak dokończyć książkę i jeszcze raz odwiedzić to magiczne miejsce.
Do następnego! Paulina