O włoskiej gościnności i sąsiadach z Capronno, którzy zadbali o wyżywienie naszego straszyka

W każdym nowym miejscu, w którym się zatrzymujemy, jedną z najważniejszych kwestii jest zdobycie jedzenia dla Disco. Straszyki diabelskie mają dość restrykcyjną dietę, co oznacza, że byle liść ich nie zadowoli. W praktyce takie szukanie jedzenia często zamienia się w zapoznawczy spacer po okolicy oraz rozmowy z nieznajomymi.
Gdy przyjechaliśmy do Capronno, od razu rzucił mi się w oczy brak “typowego miejskiego żywopłotu”
Żywopłot miejski najczęściej formowany jest z rośliny o nazwie ligustr pospolity. Straszyki bardzo lubią liście ligustru, podobnie jak inne rośliny należące do rodziny oliwkowatych.

Do tej rodziny należy również lilak (często mylony z bzem) oraz drzewo oliwne. Znalezienie tego ostatniego nie powinno stanowić problemu, w końcu byliśmy we Włoszech.
Z pozytywnym nastawieniem i Google Translate w telefonie ruszyłam w teren


Przy okazji zrobiłam sobie dłuższy spacer po okolicy. Capronno to mała wieś, a raczej osada, dlatego obejście wszystkiego zajęło mi nie więcej niż 20 minut. Po tym czasie byłam gotowa na rozmowy z sąsiadami.
Pierwszych sąsiadów zaczepiłam na drodze
Korzystając z tłumacza, starałam się nakreślić sytuację, lecz nie byli w stanie mi pomóc. Bardzo możliwe, że nawet nie zrozumieli, o co mi chodzi. No nic. Trzeba było szukać dalej.
Moją uwagę zwrócił przytulny dom, przed którym siedziała czwórka ludzi. Wyglądali na dobrych znajomych, głośno śmiali się i rozmawiali. Towarzyszył im mały piesek, który biegał tam i z powrotem, pilnując dobytku.
Z dobrym przeczuciem zbliżyłam się do furtki, po czym najbardziej przyjaznym i zachęcającym głosem, na jaki było mnie stać, przywitałam się po włosku. Jedna z Pań podeszła, gestem zapraszając do rozmowy.
Opowiedziałam, kim jestem, co tu robię i dlaczego potrzebuję tych liści. Nie do końca się rozumiałyśmy, ale to, co było niejasne, nadrabiałyśmy mową ciała.
Okazało się, że Pani Sąsiadka mówi odrobinę po angielsku, co w obecnej sytuacji oznaczało naprawdę WIELE
Po dobrych kilku minutach stania przy płocie miałam załatwione liście oliwki, które z tego, co zrozumiałam, miał dostarczyć inny Sąsiad oraz miałam pójść do domu obok, w którym mieszkała Sąsiadka mówiąca po angielsku. I która najwyraźniej też miała mi pomóc.
Po raz kolejny powiedziałam, kim jestem, co tu robię i do czego są mi potrzebne te liście
Przy okazji starałam się z jak najlepszej strony zaprezentować Disco, tak żeby nie wzbudzać niepokoju wśród Sąsiadów. Czyli skupiałam się na takich określeniach takich jak “mały”, “zupełnie niegroźny”, “zamknięty w pojemniku”.

Poszło o wiele lepiej, niż się spodziewałam. Okazało się, że w ogrodzie Sąsiadów rośnie wielki lilak i że Sąsiedzi chętnie "udostępnią" swoje drzewo NA CAŁY OKRES naszego pobytu.
To była fantastyczna wiadomość na koniec dnia
Wielka wdzięczność, ale także pewien rodzaj ULGI przyszły do mnie w tamtym momencie. Nie tylko dlatego, że nasz straszyk miał co jeść, ale również dlatego, że moje potrzeby zostały zauważone i potraktowane zupełnie poważnie.

Jakie wnioski płyną z tej historii?
Wniosek nr 1: Posiadanie zwierząt (również tych nietypowych) zdecydowanie pomaga w nawiązywaniu nowych relacji.
Wniosek nr 2: Czasem niewielka pomoc może znaczyć naprawdę WIELE dla osoby, która o tę pomoc prosi.
Dziękuję za uwagę, z pozdrowieniami :-) Paulina